niedziela, 14 stycznia 2018

Miłe zakończenie roku, czyli koncert Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana




Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędziłam w stolicy. Nie jest to zapewne najlepsze miejsce do spędzania świąt,  jednak z uwagi na preferencje osoby mi towarzyszącej, która nie może zbyt daleko podróżować zdecydowałam się na Warszawę. I wbrew obawom był to niezwykle miło i efektywnie, a zarazem w spokoju i bez pośpiechu spędzony czas. Można rzec świątecznie, w zadumie, radości i spokoju. Obawy dotyczyły osoby towarzyszącej, która po raz pierwszy spędzała święta poza domem, przyzwyczajona do tego, że aby poczuć świąteczny klimat należy się porządnie zmęczyć przygotowaniami (posprzątać, upiec, ugotować, zakupić, przygotować, usmażyć), a potem usiąść z bólem głowy i kręgosłupa, obłędem w oku z myślą, że zaraz trzeba będzie znieść, pozmywać, pochować, przyszykować na kolejny dzień kolejną porcję wiktuałów. I tak przez trzy dni.

O dziwo okazało się, iż mojemu gościowi spodobało się to, że nie trzeba się umęczyć, aby poczuć nastrój świąt, a hotelowy stół przybrany świeczkami i stroikiem wraz ze skromną wigilijną kolacją ma także swój urok.
Jednak tym, co wprawiło nas w dobry świąteczny nastrój był niesamowity koncert piosenek świątecznych (i nie tylko) w wykonaniu  Małgorzaty Walewskiej i Gary Guthmana z towarzyszeniem kwartetu jazzowego.
Połączenie polskich kolęd i najbardziej znanych zagranicznych utworów świątecznych w wersji klasyczno - operowej z nowymi aranżacjami jazzowymi to była niezapomniana uczta nie tylko dla melomanów. Czytelnikom tego bloga znane są moje fascynacje muzyką lżejszego kalibru (głównie musicalową). Muzykę operową podziwiam (podziwiałam?) ... jakby to powiedzieć tak troszkę z daleka. Jedna, dwie arie, bo co za dużo to niezdrowo. Koncert wybrałam z uwagi na mojego gościa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy słuchając przepięknych wykonań mojej imienniczki zostałam zahipnotyzowana jej wykonaniami. Cóż za głos, co za dykcja, co za siła przekazu i emocje. To było piękne, a jednocześnie lekkie w odbiorze. To, co do tej pory utrudniało słuchanie śpiewu operowego (niemożność rozróżnienia słów) tutaj nie miało miejsca. Otóż słyszałam wyraźnie każde słowo, dzięki czemu nie traciłam energii w wsłuchiwanie się w treści a mogłam oddać się rozkoszowaniu piękna muzyki połączonej z cudownym wokalem. Uprzedzona, iż pani Małgorzata wykona jedynie kilka utworów nie oczekiwałam wiele. Tymczasem okazało się, iż nasza mezzosopranistka była w równym stopniu współtwórcą koncertu co pan Guthman. Nie liczyłam ile utworów wykonało każde z nich osobno, a ile wspólnie, ale odnoszę wrażenie, że udział obojga był wyrównany.
Jeśli idzie o Guthmana, od czasu obejrzenia filmu Ekscentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, marzył mi się koncert muzyki jazzowej na żywo. I to marzenie spełnił amerykański muzyk,  który w pierwszej części koncertu wykonywał wraz z zespołem nowe aranżacje polskich kolęd i anglojęzycznych utworów świątecznych.
W drugiej części koncertu oboje artyści wystąpili wspólnie i okazało się, iż Guthman jest nie tylko utalentowanym muzykiem, dowcipnym konferansjerem (czarującym publiczność znajomością języka polskiego), ale i niezłym wokalistą. To połączenie klasyki i jazzu to był bardzo dobry pomysł, a sam koncert wprowadził widownię w świąteczny nastrój lepiej niż kilkanaście dni przygotowań świątecznych (czytaj sprzątania, gotowania i dekorowania). Koncert miał miejsce 22 grudnia w Teatrze 6 piętro, a poprzedziła go degustacja wina (odkryłam całkiem niezłe) oraz czekoladek.
Wzorując się na wielu moich koleżankach i kolegach podsumuję ubiegły rok pod kątem ilości przedstawień muzycznych. Był on niezwykle udany. Przede wszystkim uczestniczenie (kilkukrotne) w przedstawieniu Dzwonnika (w tym dwa razy z udziałem mojego ulubieńca pana Krucińskiego). Ponadto obejrzenie musicali; Doktor Żywago w Białymstoku (absolutne oczarowanie), pożegnanie z tytułem Mamma Mia w Warszawskiej Romie (bez fajerwerków, ale lepsze wrażenia niż obejrzane po raz pierwszy przedstawienie, może z uwagi na obsadę) oraz Piloci (także w Romie) - tu chyba miałam zbyt duże oczekiwania, bo ... mojemu współtowarzyszowi się podobała, mnie ... no cóż dobrze zaśpiewane, ale zabrakło mi czegoś co by wyróżniło ten musical spośród innych, zabrakło osobowości (choć Zosia Nowakowska w głównej roli - wyrazy uznania, liczyłam na coś więcej jeśli chodzi o Janka Traczyka). Uczestniczyłam też w cudownych koncertach; Michała Bajora, piosenek Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Piotra Machalicy, piosenek starszych panów w wykonaniu Magdy Umer, Grzegorza Małeckiego i Piotra Machalicy (pan Małecki jeśli chodzi o piosenkę aktorską- moje kolejne odkrycie, panią Magdę i Piotra znałam już wcześniej z jak najlepszej strony), Edyty Geppert (najcudowniejszy ze wszystkich tegorocznych koncertów, bo i mądry i dający do myślenia i zabawny i lekki - takie fantastyczne połączenie różnych gatunków). Natomiast, jeśli chodzi o teatr to w tym roku nie trafiłam na sztuki, o których chciałabym wspominać, no może poza Edukacją Rity (z Piotrem Fronczewskim i Kasią Ucherską) zabawna, acz dająca do myślenia komedyjka. Życzę sobie, aby kolejny rok był choćby tak obfitujący w udział w muzyczno-teatralnych przedsięwzięciach.

piątek, 29 grudnia 2017

Rozdarta zasłona Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński)


Po błyskotliwym sukcesie, jakim było rozwiązanie kryminalnej zagadki Domu Helclów profesorowa Zofia Szczupaczyńska zostaje postawiona przed kolejnym detektywistycznym wyzwaniem. Zwłaszcza, iż tym razem ofiarą pada jej własna służąca Karolcia, którą profesorowa jeszcze chwilę wcześniej podejrzewała o rażącą niewdzięczność. No, bo jakże to tak; porzucać służbę w okresie Wielkiej Nocy i to bez słowa wytłumaczenia - toż to się nie godzi. Upadek obyczajów wołający o pomstę do nieba. I choć oficjalnie śledztwo prowadzi komisarz Jednoróg, który podejrzanie szybko znajduje winnego, to całą pracę odwala dostojna krakowska matrona, przy małym współudziale oddanej Franciszki oraz obiecująco zapowiadającego się przyszłego  lekarza –  studenta Tadzia Żeleńskiego. O ile w Tajemnicy Domu Helclów mieliśmy do czynienia z Krakowem salonowym, o tyle w Rozdartej zasłonie autorka przenosi czytelnika do Krakowa skrytego przed oczyma jego szacownych mieszkańców grubą zasłoną pozorów; Krakowa cór Koryntu i handlarzy żywym towarem, w który to proceder zamieszani są wysoko postawieni urzędnicy państwowi.
Czy to możliwe, żeby w Krakowie, mieście dostojnych profesorów, wspaniałych fundacji, niezliczonych kościołów i klasztorów, nabożnych procesji z relikwiami świętego patrona, kryło się tyle plugastwa? Miasto odkrywało przed nią teraz zupełnie inne oblicze: ciemne, brudne, niezrozumiałe. Zakłamani ojcowie rodzin, małe domki na peryferiach, bezwzględni rajfurzy, młode wiejskie dziewczyny, które po paru latach zmieniają się w zniszczone do cna, trawione niezliczonymi chorobami wraki. (str. 193)
Akcja kryminalnego dochodzenia odbywa się na tle XIX wiecznego miasta, w którym równie ciekawie przedstawia się jego topografia (trwająca wówczas przebudowa grodu nad Wisłą przypominają Hausmanowską przebudowę Paryża), jak i zwyczaje jego mieszkańców (wielkanocny spacer na Emaus, powracanie urzędników po przerwie obiadowej na godzinę dolce far niente, wizyty ojców rodzin w domach uciech, najmowanie służących w renomowanej agencji, czy fetowanie Najjaśniejszego Pana). Ciekawie zostały nakreślone postacie zarówno głównych bohaterów (z profesorową i komisarzem Jednorogiem na czele), jak i postacie epizodyczne (jak Mańka Pomidor, czy lekarz płciownik Kurkiewicz). Język schyłku wieku, którym posługują się bohaterowie, pozbawiony współczesnych wtrętów nadaje autentyzmu przedstawionej historii. Zabawnie brzmią cytowane z Kurkiewicza (mającego swój autentyczny pierwowzór) wywody dotyczące błogoszczenia czy płciwa. Podobnie, jak czytane na zmianę przez małżonków artykuły z ówczesnej prasy wraz z komentarzami ich dotyczącymi. Lekkość pióra autorki (vel duetu literackiego Dehnel i Tarczyński) sprawia, iż powieść dobrze się czyta. Opowieść, której treścią jest poważne dochodzenie, nie pozbawiona jest humoru, a jej bohaterowie, choć nie wolni od przywar budzą dużą dozę sympatii. No bo czyż można nie polubić nieco próżnej, trochę snobistycznej krakowskiej mieszczki, która na równi z wypełnianiem obowiązków pani domu oddaje się pracy śledczej nie zważając na to, iż naraża się na poznanie brudnych sekretów współmieszkańców cesarsko-królewskiego miasta Krakowa. Całe szczęście, iż Ignacy Szczupaczyński, o którym żona nie mawia inaczej niż pan profesor, do ostatniej chwili pozostaje w błogiej nieświadomości zarówno co do prawdziwego sprawcy zbrodni, jak i roli jego żony w rozwiązaniu zagadki, bowiem w przeciwnym razie mógłby ucierpieć na tym, zarówno męski autorytet głowy rodu, jak i wzajemne relacje pomiędzy małżonkami.
Rozdarta zasłona jest może nieco słabsza literacko od Tajemnicy domu Helclów, niemniej to bardzo ciekawa pozycja literacka i życzę wszystkim współczesnym autorom takich pozycji.
Właściwie miałam nie pisać o Rozdartej zasłonie, bowiem powstało już wiele ciekawszych relacji, jednakże ponowna lektura sprawiła, iż postanowiłam i ja swoje trzy grosze wtrącić. 

niedziela, 3 grudnia 2017

Malarstwo białego człowieka Waldemar Łysiak tom I

Sztuka jest religią, mistyczną więzią, która duchowo zespala wybrańców. Roger Avermaete
fragment Zaślubin Arnolfich  
Malarstwo białego człowieka to jeden z tych tytułów, co do którego nie miałam wątpliwości, że muszę mieć w mojej biblioteczce. A kiedy już zakupiłam  pierwsze trzy tomy,  zaległy one na półce i pokryły się kurzem. Dzięki losowaniu u Anny zasiadłam do lektury zasiadłam.
W przedmowie autor wyjaśnia co było powodem napisania cyklu. Ujmując rzecz jednym zdanie – ars longa, Vita brevis (czyli w moim tłumaczeniu - my przeminiemy, sztuka pozostanie, albo życie jest krótkie, a sztuka nieśmiertelna). Autor koncentruje się na wybranym przedziale czasowym, który rozpoczyna wiek XIII, a kończy malarstwo XX wieku.
Wewnątrz [MBC] zamieszka prawie stu mistrzów. Wszystko są to malarze z ilustracyjno-iluzjonistycznej epoki zachodniego malarstwa, można rzecz; malarze – literaci i malarze-iluzjoniści. U nich również treść gra rolę drugorzędną, lecz o niebo ważniejszą niż w malarstwie postimpresjonistycznym i w malarstwie XX wieku. Tam gdzie kończy się owa narracyjność i razem z nią trójwymiarowość malarstwa, gdzie malarstwo żegna tekst oraz światłocień- tam kończę i ja. Kończę więc u progu malarstwa zwanego nowoczesnym. (str. 24). 
Można nie zgadzać się z opinią autora na temat malarstwa, albo z
FR. Pocałunku Judasza Giotto
tym, iż przedkłada malarstwo stworzone przez białego człowieka (człowieka zachodniej cywilizacji) ponad malarstwo pozostałe, nie można negować faktu, iż autor posiada ogromną wiedzę na temat sztuki i potrafi przekazywać ją w sposób przystępny, choć czasami dość nietypowym językiem.   Często 
stosuje zwroty, czy sformułowania, które mogą razić lub prowokować (myślę, że właśnie taki przyświeca mu zamysł), zapewne nie każdemu spodoba się  dosadny język, ale treść jest tak ciekawa, że można przymrużyć oko na formę. Momentami wydawało mi się, iż autor „popisuje” się znajomością tematu, ale Daj Panie mnie taką znajomość, to chętnie i ja się zacznę się nią popisywać. 
Chociaż nie ma to najmniejszego znaczenia, podobnie, jak autor w malarstwie zatrzymałam się na epoce postimpresjonizmu. Nie przemawia do mnie sztuka abstrakcyjna i wszystkie te kubizmy i inne - izmy/-yzmy. Lubię treść i impresję. Symbolizm – owszem, ale poparty fabułą lub wrażeniem. Co do tytułu - który może budzić kontrowersje – to i mnie trudno byłoby koncentrować się na malarstwie człowieka czerwonego, żółtego, czy czarnego – przede wszystkim dlatego, że go nie znam, ale  może też dlatego, że jestem za bardzo zamknięta na inność w sztuce i nie potrafiłabym jej odczuć, tak jak odczuwam sztukę wywodzącą się z kręgu cywilizacji zachodniej – wyrosłą z włoskiego gotyku (choć wzorowaną na sztuce bizantyjskiej). Nie piszę tego, aby bronić autora, którego poglądy i przekonania są mi kompletnie obce, ale być może w tej jednej kwestii jestem równie zamknięta na inność, jak pan Łysiak. 
Portret młodej kobiety
Pierwszy na tapetę został wzięty Giotto di Bondone, zwany po prostu Giottem. Już wprowadzenie gloryfikujące wiek XIII, jako wiek rozwoju humanizmu, wiek o wiele bardziej pokojowy niż następujący po wiekach średnich Renesans, nie mówiąc o naszym XX stuleciu zaskoczyło.
Przeciętny intelektualista wie, że kamieniami milowymi były Odrodzenie wieku XV (Quatrocento) i Oświecenie w wieku XVIII (Settecento), że to one zreformowały świat i zbudowały współczesną cywilizację. A przecież nie wiek XV, lecz wiek XIII był pierwszą taką rewolucją w naszym tysiącleciu. Okrzepła wówczas reforma agrarna zaczęta dwa stulecia wcześniej stworzeniem pługa kołowego, wiatraka i trójpolowego systemu uprawy ziemi. … To właśnie XIII wiek inicjuje ruchy reformatorskie, które niedługo rozwalą kościół europejski na pół. W XIII wieku ma miejsce boom wynalazków technicznych i rozwoju naukowego… budujący podwaliny empiryzmu i przygotowujący późniejszą gigantyczną eksplozję techniczną. Wreszcie …- estetyka i sztuka XIII wieku…. Literatura dostaje nowy impuls (Dante), architektura osiąga techniczną wirtuozerię klasy nawet dziś imponującej (vide katedry gotyckie), rzeźba rwie się ku klasycyzmowi (Reims) czy humanistycznemu naturalizmowi (Bamberg, Naumburg, etc.), a pewien malarz, sto kilkadziesiąt lat przed Renesansem, toruje pędzlom europejskim szlak do Renesansu. Mistrz Giotto. (Str. 41)
Obrazy Giotta nigdy nie robiły na mnie wrażenia, jego malarstwo wydawało się dość skostniałe, prymitywne, płaskie, nie widziałam w nim nic nowatorskiego. No tak, tyle, że wszystko zależy od perspektywy. Jeśli porównuje się Giotto z jego XV wiecznymi kolegami to wydaje się on dość bizantyjski. No ale jeśli już porównać go z malarzami bizantyjskimi, to jego postaci nabierają „krwi i kości”, posiadają „duszę i nerwy”. Giotto robił co mógł, żeby wyzwolić je z niematerialności figur Bizancjum oraz z gotyckiej idealizującej stylizacji i z manieryzmu gotyckiego. (Str. 45) I mimo, że są to nadal „ciężkie, uproszczone, zgeometryzowane” postacie, obrazom daleko do trójwymiaru, perspektywa jest kaleka, tło bezbarwne i bez znaczenia, … Giotto
Madonna z dzieciątkiem wśród aniołów
ożywił płaszczyznę malarską, zastępując gotycką i bizantyjską abstrakcję fikcją, której humanizm, realizm i krwista narracja były czymś nowym zupełnie. Po raz pierwszy od czasów starożytnych artysta wytworzył iluzję w miarę sugestywną, zaludnioną postaciami, które - choć są takie toporne i znieruchomiałe- mają więcej życia niż rozhisteryzowane figury „gotyckiego ekspresjonizmu”
(Str.50). Charakterystyczną cechą malarstwa Giotto jest też spojrzenie „oczu w oczy” (struna sprężenia wzroku); przenikliwe, przeszywające, znaczące. 
Kolejne rozdziały poświęcił autor sztuce przedstawicieli szkoły sieneńskiej (Simone Martini i Stefano Sassetta), którzy w przeciwieństwie do Florentyńczyków nie ulegli nowatorstwu, a zatrzymali się na tradycyjnym sposobie tworzenia. Z zamiłowania do tradycji, braku odwagi, talentu, czy dla zaspokojenia gustom klienteli - nie wiadomo. W każdym razie nie można odmówić tym obrazom uroku, mimo, iż ich malarstwo wykazywało dużo większe przywiązanie do tradycji bizantyjsko-gotyckiej aniżeli do protorenesansowych nowinek. To połączenie bizantynizmu z gotykiem doskonale widoczne jest w Zwiastowaniu Simone Martiniego (o obrazie pisałam tutaj). Bizantyjski przepych (przejawiający się w dużym użyciu złotego barwnika), linia nadająca kontury postaciom i otaczającym je elementom architektonicznym, poetyckość i elegancja, finezja i subtelność kolorów. I aż szkoda, że nie zachował się namalowany przez niego portret Petrarkowej Laury, której twarzyczka musiała przypominać smutne i anielsko urocze buźki Madonn ze Zwiastowań. 
Dziecko z Portretu Starca z dzieckiem Girlandaio
Za przykład Łysiakowego języka niech posłuży tytuł kolejnych rozdziałów; Wolność dwóch Tomków M. (czyli pierwsza nowożytna golizna frontowa). Chodzi o Tommaso Masaccio i Tommaso Masolino. A jeśli już wspomniałam o języku autora to jeszcze jedna próbka mogąca wywołać mieszane uczucia wobec stylu pisarza. 
Wydrowate śpiewające kurwiątko zostało rozreklamowane jako Madonna, a na teledyskach zmieszano klastyczne sacrum z ekshibicjonistyczno-pornograficznym profanum, to jest symbole Chrześcijaństwa i atrybuty liturgiczne z rozbujałym biustem i wypiętą dupiną piosenkarki. (str. 294).
Przy czym słowa te padają w rozdziale Madonna z dzieciątkiem wśród aniołów Jeana Fouqueta, który to obraz uznany został za przedstawienie pierwszej, najbardziej rozerotyzowanej Madonny w historii malarstwa, bardziej skandaliczną aniżeli włoskie dziwki wyobrażone pędzlami jako Madonny, gdyż jest raczej Madonną ukazaną, jako dziwka. (str. 290). 
Zaślubiny Arnolfich
Czytanie Malarstwa białego człowieka od deski do deski to wyzwanie karkołomne. Tak duża porcja informacji dla laika (jakim jestem) to ciężar nie do udźwignięcia. Polecam czytanie rozdziałami. Bardzo podobały mi się opisy Wypędzonych z raju Tommaso Masaccio, Portretu młodej kobiety Petrusa Christusa, Zaślubin Arnolfinich Jana Van Eyka. A to przecież jedynie kilku malarzy wraz z ulubionymi dziełami pisarza, w trzynastu rozdziałach pisze autor o tyluż malarzach i kilkudziesięciu ich dziełach. A jeśli momentami raził mnie styl pisarza, to poniższy opis spowodował, iż wybaczam mu wszystkie nie najszczęśliwsze sformułowania. 
Giottowska „struna sprzężenia oczu” (wzrok wbity we wzrok) pięknym echem zmartwychwstała dzięki temu pędzlowi. … Starzec całuje oczy dziecka łagodnym, ciepłym, mądrym i przenikliwym wzrokiem ludzi, którzy szykują się już do odejścia w wieczność. Jakbym słyszał te słowa, które Wiliam Blake powiedział tuż przed śmiercią do dziecka, co przyszło go odwiedzić: Niechaj ci Bóg da żywot taki ładny, jak mnie dał.” […] Wzrok starca mówi [tu wiele słów, jakie chce dojrzałość przekazać maluchowi..], jednak przede wszystkim mówi; Kocham cię!” Wzrok malucha mówi o potrzebie ciepła, o jego niedostatku. […] Palce chłopczyka na piersi mężczyzny są równie czułe, jak palce Rembrandtowskiego Żyda na piersi narzeczonej i jej palce na dłoni narzeczonego. Projekcja ogromnie rzadka w malarstwie renesansu – dziecko tak się tulące nie do kobiety…, lecz do mężczyzny! Tak głodne przytulenia, jakby miało matkę z lodu. Widzicie ten ból, ten głód bliski łez w jego spojrzeniu na starca. [..] Stary człowiek, któremu codziennie furkot wypadających włosów przypomina, że śmietnik życia jest już w większym stopniu za nim, aniżeli przed nim, widzi tę niemą prośbę, więc emanuje zdwojoną czułość. (str. 359).

Starzec z dzieckiem Girlandaio
Gdybym miała nadać tytuł obrazowi Starca z dzieckiem Domenico Girlandaio nazwałabym go właśnie Czułość.
Malarstwo ... polecam wszystkim miłośnikom piękna. 
Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy wpisu dotyczący Memlingowskiego Sądu Ostatecznego. Chciałam zrobić parę zdjęć obrazu, a przez cały miesiąc Muzeum Narodowe w Gdańsku było nieczynne. Niemal miesięczny okres posuchy na blogu to efekt kolejnego death line w robocie (to już brzmi jak never ending story). 

środa, 8 listopada 2017

Sąd ostateczny Memlinga – czyli kto komu „buchnął” obraz?

fragment obrazu Sąd Ostateczny Hansa Memlinga
O ile wiele osób słyszało o Damie z łasiczką Leonardo da Vinci znajdującej się w krakowskich zbiorach, o tyle Hans Memling wydaje się twórcą mało znanym i nierozpoznawalnym. Tymczasem jego Sąd Ostateczny uważany jest obok wspomnianej Damy z łasiczką za drugie najcenniejsze w polskich zbiorach dzieło dawnego malarstwa zachodnioeuropejskiego. 
Skąd Memling znalazł się w Polsce i dzięki jakim zrządzeniom losu nadal się tutaj znajduje.
Jest rok 1446 r. w londyńskiej filii Banku Medicich pracuje cieszący się zaufaniem mocodawców trzydziestoletni Angelo di Jacopo Tani. Cztery lata później, po przyjeździe do Brugii otrzymuje odpowiedzialne zadanie - realizację dużej pożyczki dla księcia Burgundii. Pięć lat później zostaje oficjalnym przedstawicielem Banku Medicich na Niderlandy. W tym czasie jego podwładny Tommaso Portinari w liście do brata żali się na brak zaufania ze strony Medyceuszy, którzy udzielają posłuchu wyłącznie Taniemu. (jak pisze on woli żyć skromnie, niż pędzić życie pod rozkazami nieprzychylnego mu Angela*). Łaska pańska na pstrym koniu jeździ i dziesięć lat później (jest rok 1465) to właśnie Portinari otrzymuje kierownictwo brugijskiej placówki. 
Tani jest rozgoryczony. Niedawno się ożenił z osiemnastoletnią panną Katarzyną Tangali, (sam ma lat pięćdziesiąt), nadszedł czas odcinania kuponów, tymczasem sprawuje podrzędne stanowisko pod kierownictwem byłego podwładnego. W akcie swoistej zemsty zamawia tryptyk przedstawiający scenę Sądu Ostatecznego. Będzie to jego oskarżenie pod adresem rywala, nie mogąc już liczyć na sprawiedliwość ziemską pociesza się nadzieją na sprawiedliwość pozaziemską, gdzie jego krzywdy zostaną wynagrodzone, a rywal osądzony. 
Jest kwiecień 1473 r. trwa wojna angielsko-hanzeatycka. Sprzymierzony związek miast (do którego należał także Gdańsk) hanzeatyckich, które popierały się na polu ekonomicznym utrudniał, w sposób nie zawsze pokojowy, pracę kupcom nienależącym do związku. Kiedy gdański kaper (usankcjonowany prawnie pirat) Paweł Benecke, kierujący karawelą Piotr z Gdańska, zauważa wielki galeon płynący pod neutralną flagą Burgundii kierujący się w stronę angielskiego brzegu atakuje go, wietrząc w tym świetny interes. Na pokładzie znajdują się należące w większości do Portinariego tkaniny, płótna, skóry, jedwabnie obicia przetykane złotem, kosztowności i ałun*. Znajduje się tam ponadto niezwykłej urody obraz, tryptyk (rozmiarów 242 na 180 i 242 na 90 (x 2) centymetrów) zamówiony przez Angelo di Jacopo Tani. Łupy zostają rozdzielone pomiędzy Pawła Benecke, jego załogę oraz trzech współwłaścicieli statku, natomiast obraz Sąd Ostateczny ofiarowany do kościoła Marii Panny w Gdańsku. Zawisł tam w kaplicy Świętego Jerzego na długie lata. 
Oczywiście zabór mienia nie pozostał bez echa. Interweniowali w sprawie zwrotu łupów władca Burgundii, przedstawiciel Portinariego, poseł księcia Burgundii, legat papieski, ba nawet papież Sykstus IV. Proszono, grożono, wyklinano i potępiano. A obraz, który zawisł w jednej z największych wówczas europejskich świątyń zyskiwał coraz większe uznanie gdańszczan. W przeciągu kolejnych stuleci tryptyk wzbudzał zainteresowanie koronowanych głów przejawiające się propozycjami nabycia, próbami wyłudzenia czy konfiskaty. Obrazem zainteresowany był Cesarz Rudolf II (proponujący odkupienie obrazu) oraz car Piotr Wielki (zlecający pozyskanie obrazu w drodze kontrybucji). Bezskutecznie.
No i nastał rok 1807. Po zajęciu Gdańska przez armię napoleońską wkracza na teren miasta baron Vivant Denon, dyrektor Muzeum Napoleona. Dziś jego nazwiskiem nazwano jedną z części Muzeum Luwru. Rutkowski w swych Paryskich ulicach niezbyt pochlebnie wyraża się o podróżniku, archeologu, egiptologu. No cóż, czynił on to, co czyniło wielu przed nim i wielu po nim, ograbiał z dzieł sztuki ziemie podbite, aby wzbogacić zbiory mocodawcy i unieśmiertelnić własne imię. 
Możemy mieć za złe Denonowi, iż Sąd Ostateczny został na jego polecenie odtransportowany do Paryża i tam umieszczony w salach Luwru. Tyle, że gdyby nie grabież dokonana prawie 350 lat wcześniej przez gdańskiego pirata obraz nie znalazłby się w kościele Marii Panny. Po upadku Napoleona w 1815 r. obraz trafia w ramach rewindykacji skonfiskowanych dzieł sztuki na wystawę do Berlina. Po długich negocjacjach i próbach przehandlowanie tryptyku min. za kopię Madonny Sykstyńskiej Rafaela oraz propozycję ufundowania nowego ołtarza Sąd Ostateczny powraca do Kościoła Mariackiego w Gdańsku. Wisi tam spokojnie przez ponad sto lat.
Ponownie zostaje zrabowany przez hitlerowskich najeźdźców w czasie II wojny światowej i ukryty w górach Rohn w Turyngii. Następnie przejęty przez Armię Radziecką w 1956 r. zostaje zwrócony Polsce. Widocznie radzieckie władze nie były tak zafascynowane obrazem, jak Piotr Wielki, dzięki czemu dziś stanowi on od ponad sześćdziesięciu lat największy skarb Muzeum Narodowego w Gdańsku, gdzie jest przechowywany od czasu powrotu do kraju. W kościele Mariackim znajduje się jego kopia. 
Co ciekawe przez lata nie było znane nazwisko jego twórcy. Dzieło przypisywano braciom Van Eyckom, Rogerowi Van Weydenowi, że nie wspomnę innych pomniejszych nazwisk padających przez lata w dyskusjach i sporach dotyczących autorstwa dzieła. 
Co ma w sobie Sąd Ostateczny, że wzbudził takie zainteresowanie. O tym, w kolejnym wpisie.
* cytaty z opracowania  Hans Memling Sąd Ostateczny Michał Walicki Auguria Oficyna Wydawnicza 1990 r. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe Warszawa (otrzymanego na pamiątkę z poprzedniego miejsca pracy). 

niedziela, 5 listopada 2017

Wywiad z samą sobą Oriana Fallaci

Wydawnictwo Cyklady rok. 2005 str.169
Idąc za ciosem po przeczytaniu Kapelusza całego w czereśniach zakupiłam kolejną książkę Oriany, niewiele wiedząc czego się po niej spodziewać. Albo raczej spodziewając się po niej czegoś zupełnie innego, niż tam znalazłam.
Już przebrnięcie przez Przedmowę/ wstęp było doświadczeniem niezwykle trudnym. Oriana dedykuje swoje książki wszystkim tym, którzy zginęli zamordowani przez islamskich terrorystów/morderców nie pomijając szczegółów ostatnich chwil życia i tortur, jakim ofiary zostały poddane. Rozumiem intencję; tak obrazowe przedstawienie kaźni wywiera skutek, ale … no właśnie, jest cholernie trudne do przebrnięcia i choć później tych obrazów jest w tekście nieco mniej, to i tak lektura momentami bywa trudna. Wiem, że odwracanie głowy i zamykanie oczu nie sprawi, że zjawisko zniknie, ale rozumiem osoby, które w literaturze szukają czegoś innego, nawet, jeśli to coś nie maluje świata, takim jakim jest. Ja w każdym razie uświadomiłam sobie, iż błędem z mojej strony było myślenie, że żyjemy w świecie cywilizowanym, a średniowiecze to przeszłość, do której nie ma powrotu. Tak, jak błędem jest myślenie, że jesteśmy w przededniu wojny,  bo ona trwa już od kilkunastu lat. Na pytanie jak walczyć z wrogiem Oriana przyznaje, iż nie wie, ale na pewno nie można udawać, że go nie ma, nie wolno też ignorować problemu, bo to doprowadzi do powolnego godzenia się na zagładę naszej cywilizacji.
Autorka pisze książkę z pełną świadomością odchodzenia, co może także rzutuje na jej widzenie świata. W każdym razie to co pisze ma dość pesymistyczny wydźwięk, mimo, iż puentuje wywiad deklaracją „Żarliwie kocham Życie […] jestem absolutnie pewna, że życie jest piękne, nawet, kiedy jest straszne, że narodziny to cud nad cudami, że życie jest najpiękniejszym z darów. Nawet, jeśli to dar bardzo trudny, bardzo uciążliwy.” (Str. 168). W tym momencie przypomina mi się Vito Corleone, który żegna świat doczesny słowami Życie jest takie piękne. 
Oriana występuje w dwóch rolach; pytającej i odpowiadającej. Jako zadająca pytania próbuje łagodzić ostrość sądów odpowiadającej, jest bardziej zdystansowana do przedmiotu rozmowy w przeciwieństwie do niezwykle emocjonalnie wypowiadającej się bohaterki wywiadu. 
Wywiad jest rozmową na temat sytuacji politycznej Europy i świata sprzed 13 lat. Z tym, że Europa przybiera nazwę Eurabii, tworu, który zatracił swą kulturową odrębność i który stał się zakładnikiem islamistów terrorystów. Bo Europę zżera nowotwór, nazywany Obcym, który podobnie, jak choroba (która toczy pisarkę) rozlewa się na coraz większe obszary (organizmu) kontynentu. 
Genezy toczącej się wojny upatruje dużo wcześniej, ale cezurą, która podzieliła świat na wczorajszy i dzisiejszy jest 11 września. 
Każda ludzka istota (niezależnie od rasy, religii czy przekonań politycznych) jest zdolna do wszystkiego (tu – do bezbrzeżnego okrucieństwa) podkreśla autorka. 
Oriana opowiada o włoskiej polityce, o najbardziej wpływowych ludziach II połowy XX wieku; o Bushu, Bin Ladenie, Papieżu Janu Pawłe II, Saddamie Husajnie czy Chomeinim. Opowiada o braku wielkich osobowości naszych czasów. O wielu swych bohaterach pisze bardzo krytycznie,  co nie przeszkadza jej docenić zalety politycznych przeciwników, czy ludzi, których nie darzy szacunkiem. Sporo pisze o rozczarowaniu polityką Unii Europejskiej, politycznej poprawności i pułapkach demokracji.
… przez równość demokracja rozumie równość wobec prawa, która wywodzi się z uświęconej zasady „Prawo jest jednakowe dla Wszystkich.” Nie równość umysłów i sumień, równość wartości i zasług. Nie równość zasług osoby inteligentnej i osoby głupiej, równość osoby prawej i osoby nieuczciwej. Taki rodzaj równości nie istnieje. […] Bieda w tym, że demokracja pomaga głupim i pysznym zaprzeczać tej prawdzie, owej oczywistości. Pomaga im poprzez wybory, w których głosy się liczy, a nie waży, czyli zawierza się ilości, nie jakości. Pomaga im swoją retoryką, demagogią i populizmem. W rezultacie każdy nicpoń albo niedołęga może kandydować i zostać wybranym. Może nawet zwyciężyć ogromną przewagą głosów. (str. 57)
Mówi też o pułapkach liberalizmu, który sprawia, iż w imię jego zasad pozwala się na tolerowanie zła w obawie przed posądzeniem o naruszenie tejże zasady liberalizmu. 
Oriana to przede wszystkim dziennikarka, obserwatorka historii, choć, jak sama pisze;
Według mnie dziennikarstwo niemal nigdy nie odzwierciedlało platońskiej idei tego rzemiosła, nie było w stanie sprostać wyobrażeniu, które sobie wytworzyłam. I chociaż poświęciłam mu większą część życia, chociaż jemu zawdzięczam, to, że żyłam w samym sercu Historii mojej epoki, czuję się bardziej sobą w samotności pisarza. Nieprzypadkowo najszczęśliwsze lata przeżyłam nie wtedy, kiedy kręciłam się po świecie i pisałam do gazet, lecz wtedy, kiedy przebywałam sama z sobą i pisałam powieści. (Str. 11) 
Kiedy mocno chora wywiesza narodową flagę narodową (włoską) Proszę spojrzeć, czy nie jest piękna? Jeśli ktokolwiek ją ruszy, poślę mu kulkę z dubeltówki. Ech! Chociaż moje Włochy to Włochy wyimaginowane, Włochy nieistniejące, które istniały być może jedynie podczas Risorgimento, biada, jeśli ktoś zrani moją patriotyczną dumę. (Str. 19) to widzę moją biało-czerwoną stojącą na parapecie od kilku miesięcy. 
Kiedy pisze o wyborcach, którzy dokonali niemądrych wyborów uczucie pogardy miesza się z litością, czy to ich wina, że zostali oszukani przebiegłością, populizmem, prostactwem startujących w wyborach. 
Wiele opinii Oriany można przenieść na rodzimy grunt. Choć Oriana pisze bardzo krytycznie o lewicy, pisze także …. nigdy nie potrafiłabym się sprzymierzyć z drużyną futbolową, która nosi imię Prawicy. Nigdy nie potrafiłabym także sprzymierzyć się z tymi pobożnymi duszyczkami, które wierzą, że rozwiążą problem rozdając jałmużnę, oddając się dziełu miłosierdzia ….. Jej sądy można odnieść równie dobrze do innych formacji politycznych, bo niemal wszyscy są identyczni. Począwszy od tych, którzy kwestionując Historię, a wręcz żądając napisania jej na nowo, mieszają młodym w głowach swoimi bajeczkami. (Str. 75) 
poprzez tych, dla których;
Pranie mózgu, które funduje ludziom, wmawiając im, że kto nie gra w jej drużynie futbolowej, jest kretynem, a nawet dinozaurem, reakcjonistą, istotą godną pogardy i skazaną na Piekło.( Str. 79) 
I chociaż nie wszystkie poglądy Oriany podzielam to pod poniższymi stwierdzeniami podpiszę się obiema rękoma.
Poza pięknem i zdobyczami Nauki nie znajduję w otaczającym mnie świecie niczego, co by mi się podobało. Nie podoba mi się nawet wyobrażenie o rewolucji, jakie ma ten świat. Rewolucja to nie gilotyna na placu Zgody. To nie zdobycie Pałacu Zimowego w Petersburgu. To nie gwałtowny i brutalny przewrót, który niszczy albo obala, tak że kiedy wszystko jest już zburzone albo obalone, pozostający na placu boju dziedziczą ruiny. […] Rewolucja jest dla mnie cierpliwością, rozwagą. Jest bezkrwawą metamorfozą gąsienicy, która nie wyrządza nikomu zła, nikomu, nawet samej sobie, i zmienia się w motyla. I unosi się w górę. (str. 159)
Brzmi to ogromnie idealistycznie i … naiwnie. Ale i ja tak to odczuwam.
A jedyną ideą, co do której nigdy nie zmieniła zdania - jest Wolność… rozważna ... nie będąca nieograniczoną swobodą, rozpasaniem, przemocą, czy egoizmem (Str. 159)