sobota, 21 października 2017

Kloszard

Widuję go od kilku miesięcy. Zapewne nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie fakt, iż to co robi, tak bardzo mi nie pasuje do postrzegania osób o jego wyglądzie. Jest zaniedbany, zarośnięty, ubranie ma poszarpane, wymięte i poplamione a wygląda tak, jakby przed chwilą wyszedł z altanki śmietnikowej. Podejrzewam też, że niezbyt ładnie pachnie. Czasami siedzą razem z nim inni, podobni mu panowie, niezbyt czyści i niezbyt trzeźwi. Rozmawiają, spierają się, kłócą. Nie jest to zatem człowiek stroniący od towarzystwa. Coś jednak go wyróżnia. Najczęściej widuję go samego, siedzącego na osiedlowej ławeczce; na nosie ma okulary, na ziemi stoi ortalionowa, granatowa torba, obok niego znajduje się termos, czasami coś do jedzenia, a w rękach ma … książkę. Pogrążony w lekturze nie zważa na otoczenie, siedzi i czyta, choć podejrzewam, że tak naprawdę to go tam nie ma. Jest gdzieś daleko, w innym miejscu i czasie, z innymi ludźmi. Może błąka się po paryskich uliczkach, może bierze udział w bitwie morskiej, a może zdobywa górskie szczyty. Książki w jego rękach się zmieniają, mają inny format, objętość, kolor okładki. Tylko raz, udało mi się dojrzeć tytuł. Był to Biały kieł Jacka Londona. Jestem bardzo ciekawa historii tego człowieka i listy jego lektur, tego jak żyje i skąd ma książki, ale brakuje mi odwagi, aby do niego podejść. Często zastanawiam się, czy nie jest to ten człowiek, który kiedyś zaczepił mnie w autobusie zachęcając do lektury książki, którą niedługo później zakupiłam. Ale zawsze, gdy go widzę chciałabym też usiąść na ławce i zanurzyć się w innym świecie. I w takich chwilach naprawdę mu zazdroszczę. Choć to przecież niemądre. Ja mam dom i pracę, czyste, pachnące świeżością ubranie, pełen brzuch i poczucie bezpieczeństwa. Względnego bezpieczeństwa. I tylko permanentny brak czasu i wyrwane z życia parę godzin bezsensu przez kilka dni w tygodniu. 
Nie ośmieliłam się porozmawiać, tym bardziej nie miałam odwagi zrobić zdjęcia, wydawało mi się to niestosowne. Dlatego posłużyłam się znalezioną w necie fotografią. 
źródło zdjęcia 



niedziela, 15 października 2017

Kot Georges Simenon

Żyli więc obok siebie, ale osobno, drażniąc się nawzajem każdym gestem, każdą intonacją (Str.90)
Ten cytat doskonale oddaje klimat opowieści.
Dwoje starych ludzi mieszka w jednym domu; ona krucha, dystyngowana, właściciela kilku domów, wdowa po muzyku Opery Paryskiej, on emerytowany murarz, lubiący dobrze zjeść i od czasu do czasu zabawić się z kobietą, także wdowiec. Od kilku lat przestali ze sobą rozmawiać, porozumiewają się wyłącznie za pomocą karteczek z krótkimi komunikatami. Każde ma własny kredens i samo przygotowuje sobie posiłki i choć bacznie się obserwują, kiedy to drugie nie patrzy, to do perfekcji opanowali sztukę unikania się, tak, aby żadnej czynności nie wykonywać wspólnie, tak, aby nigdy się nie dotknąć. Skąd ta obojętność podszyta nienawiścią. Każde zna (lub wydaje mu się, że zna) doskonale myśli i niewypowiedziane słowa drugiego. Będący zarzewiem tego tragikomicznego konfliktu kot (jedyny przyjaciel Emila), czy papuga (powiernica Małgorzaty) stanowili jedynie pretekst. Narastająca od kilku lat gęsta atmosfera w domu Małgorzaty i Emila nieuchronnie prowadziła do wojny. 
Ona – żyła we własnym, nierzeczywistym świecie, który ubarwiała po swojemu. I nagle okazało się, że musi znosić mężczyznę z krwi i kości, hałaśliwego, o ciężkim chodzie, który pali cuchnące cygara i wydziela zwierzęcy zapach. (str. 90).
On – po ślubie poczuł się, jak tania siła robocza, służący, który naprawi cieknący kran, narąbie drewna, rozpali w kominku i bezszelestnie zniknie z pola widzenia.
Zachowanie dwojga staruszków jest irytujące, ile lat można tak chować urazę. Emil nie daje nawet dojść do głosu Małgorzacie. Naprawdę nie wiadomo, czy kobieta dopuściła się tego, o co oskarża ją mąż. Tylko, czy może to jeszcze mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kot stanowi doskonałe studium dwojga ludzi, którzy choć się nienawidzą nie mogą bez siebie żyć. Z przyzwyczajenia? strachu? uzależnienia, a może jakiegoś rodzaju miłości? 
Warto poświęcić kilka godzin, aby przeczytać tę 140 stronicową mini powieść. 
Simenon potrafi doskonale zagłębić się w psychikę swych bohaterów, co można też zauważyć czytając inną mini powieści tego autora Premier
I znowu problem z kwalifikacją (literatura francuska czy belgijska; z pochodzenia Belg, pisał po francusku).
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.


niedziela, 8 października 2017

Twój Vincent najbardziej malarski obraz, jaki oglądałam w kinie

Vincent
O filmie słyszeli pewnie już niemal wszyscy. Powstały w polsko-brytyjskiej koprodukcji film z dużymi szansami na nominacje do Oskara, w dodatku film, który nie podzieli rodzimej widowni (choć tutaj niczego nie można być pewnym), to nieczęste ostatnio wydarzenie.
Film animowany stworzony techniką malarską, co oznacza, iż gra aktorów (ucharakteryzowanych na sportretowane przez Vincenta postaci mu współczesnych) została namalowana farbami olejnymi w stylu twórczości Vincenta. 65 tysięcy obrazów namalowanych przez ponad 100 malarzy składa się na przepiękny obraz całości. Bohaterowie poruszają się wewnątrz autentycznych obrazów Vincenta; dla przykładu w kawiarni nocnej, pod rozgwieżdżonym niebem Arles, na topolowej alejce wiodącej na stare cmentarzysko Alyscamps, na żółtozłotych polach Prowansji, pod kościołem w Auvers i w wielu innych dobrze znanych wielbicielom Van Gogha
Armand Roulin syn przyjaciela Vincenta naczelnika poczty Josepha Roulin
miejscach. Obrazy ożywają na ekranie, aktorzy sprawiają wrażenie, jakby byli wciąż od nowa malowani. Oglądamy aktora, aby za chwilę oglądać jego portret, który porusza się, mówi, żyje. A wszystko nasycone barwami, pulsujące, wirujące, w ruchu, jakby malowane na naszych oczach tylko w przyspieszonym tempie. Oglądanie tego filmu to prawdziwa uczta duchowa, myślę, że nie tylko dla wielbicieli sztuki, a dla nich absolutne must see. Dla osób, które trochę znają dzieła Van Gogha dodatkową atrakcją będzie rozpoznawanie obrazów wykorzystanych w filmie, a dla podróżników odnajdywanie namalowanych przez Vincenta widoków Prowansji. 
Co do warstwy fabularnej ta jest zdecydowanie słabsza. Malarz został przedstawiony dość jednowymiarowo, jako; wrażliwy, subtelny, zalękniony, introwertyk, niezwykle osamotniony. Zupełnie pominięto te cechy malarza, które charakteryzują jego osobę w powszechnym odbiorze; furiata, awanturnika, pijaka, bywalca burdeli. Rozumiem motyw działania pomysłodawców, skupienie się na człowieku i jego dramacie niezrozumienia przez otoczenie, ale jednak taki obraz jest nie do końca prawdziwy. Tylko, myślę, że pomysłodawcom nie o to tutaj chodziło. Nie o

Armand w kawiarni nocą w Arles
tworzenie psychologicznego portretu Vincenta, a raczej złożenie hołdu malarzowi poprzez ożywienie jego twórczości, zaciekawienie osobą twórcy, ocieplenie funkcjonującego w świadomości powszechnej obrazu szaleńca, obrazu także nieprawdziwego, bo Vincent to przecież postać dużo bardziej złożona i wymykająca się prostym etykietom. Ponadto pomysłodawcy filmu chcieli skupić się na próbie wyjaśnienia zagadkowej śmierci malarza, dlatego fabuła opiera się na detektywistycznej historii poszukiwania adresata ostatniego listu Vincenta przez Armanda Roulin. Rzecz dzieje się dwa lata po śmierci Vincenta. Młody człowiek początkowo nie darzy sympatią nieżyjącego malarza (jak większość mieszkańców miasteczka uważa go za wariata i dziwaka, niezasługującego na szacunek), zostaje jednak przekonany przez ojca, aby spełnić ostatnią wolę Vincenta. Udaje się na poszukiwanie; najpierw Theo, potem doktora Gacheta, a w końcu Jo Van Gogh. Spotykając się z ludźmi, którzy znali malarza próbuje wyjaśnić zagadkę tajemniczej, samobójczej (?) śmierci artysty. Tyle, że poznając kolejne hipotezy wcale nie przybliża się do rozwiązania zagadki. Niemniej każda z przedstawionych hipotez wydaje się prawdopodobna i do nas należy, w którą uwierzymy.
Adeline Ravoux
Jak wspomniałam fabuła jest dosyć prosta, co pozwala w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu. Osoby zaznajomione z biografią malarza nie dowiedziały się z filmu niczego nowego, jednak dla osób, które nazwisko malarza kojarzą jedynie ze słonecznikami, gwieździstą nocą i obciętym uchem będzie to okazja do lepszego poznania jego historii.
Wśród aktorów wystąpił w roli tytułowej jedyny Polak w obsadzie Robert Gularczyk. Kolejne polskie akcenty to reżyser Dorota Kobiela (we współpracy z Hugh Welchman). Ta dwójka wraz z Jackiem Dehnelem są twórcami scenariusza. Należy także wspomnieć przepięknie harmonizującą z opowiadaną historią muzykę Clinta Mansella. 
O ile staram się nie używać określenia magiczny, które uważam za nadużywane w blogosferze, tak tym razem zrobię wyjątek. Twój Vincent jest dla mnie obrazem magicznym, a jego magię może oddać w pełni jedynie duży ekran kinowy. Ogromna (tytaniczna) praca twórców (artystów) przyniosła wspaniały efekt. 
Gorąco polecam, zwłaszcza, iż ze zdziwieniem zauważyłam, że drugiego dnia emisji sala kinowa w sobotę wypełniona była jedynie w około 30 procentach. Za mała reklama, czy też etykieta filmu animacyjnego? 
Zwiastun filmu

Poniżej jak zmieniał się wizerunek aktora grającego Josepha Roulin na potrzeby filmu

Powiązane wpisy - Listy Vincenta do brata
Lektury Van Gogha - cz.1  (czyli co czytał i myślał na temat książek)
Lektury Van Gogha - cz. 2
Kobiety w życiu Van Gogha
Biografia I. Stone Pasja życia
W Muzeum Van Gogha w Amsterdamie
Śladami Van Gogha w Arles

Polecam też publikowane w Płaszczu zabójcy przez Piotra fragmenty listów Vincenta 

poniedziałek, 2 października 2017

Kapelusz cały w czereśniach Oriana Fallaci

Wydawnictwo literackie, wydanie pierwsze, rok 2012.
Kapelusz cały w czereśniach to wielopokoleniowa saga rodu Fallacich oraz wszystkich przodków ze strony matki, których geny dały życie i ukształtowały autorkę. Saga obejmuje okres od 1773 roku do dnia samobójczej śmierci prababki Oriany - Anastazji w 1889 rok, choć opowiadana historia wykracza poza sztywne ramy czasowe i momentami zazębia się ze zdarzeniami współczesnymi. Historia zaczyna się od wspomnienia przedmiotów znalezionych w przekazywanej z pokolenia na pokolenie skrzyni posagowej zawierającej najcenniejsze rodzinne pamiątki, a należącej do spalonej na stosie Ildebrandy. To owe pamiątki, albo raczej ich wspomnienie (bowiem sama skrzynia zaginęła w 1944 r. podczas działań wojennych) stanowią asumpt to poszukiwań w kronikach, dokumentach, księgach parafialnych, prasie sprzed wieków i coraz bardziej szwankującej pamięci najbliższych historii praszczurzyc i praszczurów. Oriana w niezwykle ciekawy sposób opowiada historię swych krewnych twierdząc, iż sama doskonale pamięta pewne zdarzenia z przeszłości, tak jakby była po części każdym ze swoich wcześniejszych wcieleń, tak jakby uczestniczyła w tych bolesnych i wzniosłych wydarzeniach, w których przyszło im brać udział. Przeczytawszy książkę doszłam do wniosku, że historia mojego kraju, mimo jej powikłania i wielu bolesnych kart, nie była aż tak skomplikowana i pokręcona, jak historia Włoch. Dziesiątki władających oddzielnie państewek włoskich, napadających na siebie nawzajem i napadanych przez obcych agresorów, ciągłe najazdy, powstania, rewolucje, zamieszki, bitwy, wojny, tumulty, wzajemne mordowanie się i zamykanie w więzieniach. Początek historii rodu wywodzi się od Carla Fallaci, młodego rolnika, wyjątkowo jak na koniec XVIII wieku wykształconego, bo potrafiącego czytać i pisać. Carlo miał ambicje zmienić swoje życie, uciec od ciasnych poglądów bogobojnych rodziców do Ameryki, poznać inny świat i rozpocząć nowe życie. Niestety splot okoliczności sprawił, iż chłopak pozostał w rodzinnej wiosce Panzano i związał swe dzieje z Cateriną, dziewczyną równie wyjątkową. Caterina szła pod prąd swoim czasom, jako wnuczka Ildebrandy nienawidziła księży i religii, zgodziła się oddać swoją rękę tylko takiemu człowiekowi, który nauczy ją czytać i pisać. 
Pisarka dokonała olbrzymiej pracy w poszukiwaniu źródeł dla odtworzenia historii rodu. Zbieranie materiałów oraz pisanie sagi, będącej rodzajem autobiografii zajęło jej dziesięć lat. Historia każdego z przodków osadzona jest w historii miasta/ państwa. Każda obejmuje rys historyczny, społeczny i obyczajowy, otoczenie, w którym żyli przodkowie pisarki nabiera kolorytu w taki sposób, że przenosi kilka wieków wstecz: na wybrzeża morskie, gdzie mieszkają ofiary pirackich napaści, na pokłady statków, na których jedni drugim gotują haniebny los niewolników, do miasteczek, w których purytańskie obyczaje skazują ludzi niepokornych na tułaczkę i poniewierkę, w sam środek bitew i rozlewu krwi, czy wreszcie na drugi kontynent, gdzie dogasa wojna północy z południem, a Indianie skalpują poszukiwaczy złota. 
Każda z historii mogłaby dostarczyć materiału na odrębną opowieść i z wszystkich tych opowiadań trudno byłoby wybrać najciekawszą. Bo jak porównać los Francesco, którego ojca porwali algierscy piraci robiąc zeń niewolnika, który odbył morderczą służbę na statku, aby stać się żeglarzem, a następnie stracił czterech synów, z losem rzeźbiarza Giobatty, uczestnika krwawych bitew, z losem nieślubnego dziecka polskiego bojownika walk o niepodległość. Tak, bo w żyłach Oriany płynęła też domieszka polskiej krwi. Stanisław, który nie dowiedział się o posiadaniu córki był prapradziadkiem Oriany. 
Historia przodków przeplata się z historią Włoch za czasów Napoleona, Garibaldiego, Wiktora Emanuela II. Przyznam, iż szczegółowość opisu owego historycznego tła, wielość nazwisk, potyczek, zdarzeń (istotnych dla ich uczestników, ale już mniej ważnych dla potomnych) nadawała realizmu opisu, ale momentami powodowała zmęczenie czasami bezowocną próbą przyswojenia informacji. Trud przebrnięcia przez te meandry opisów został wynagrodzony czytelnikowi odtworzeniem klimatu czasów, w jakich żyła Oriana w wszystkich swych wcześniejszych wcieleniach.
Autorka szczególną estymą darzy swoją prababkę Anastazję. Była ona nieślubnym dzieckiem Stanisława i Marguerite. Na jej życiorysie zaważył fakt, iż była osobą, która formalnie nie istniała, gdyż jako nieślubne dziecko musiała żyć w ukryciu. Jako młodziutka baletnica powiela historię swojej matki; ona także w ukryciu rodzi nieślubne dziecko i podrzuca je do przytułku (po latach odzyska córkę i będzie próbowała zrekompensować małej stracony czas). Następnie płynie do Ameryki, gdzie po wielu perypetiach (między innymi uniknięciu losu piątej żony Mormona, czy po napadzie Indian na wiozący ją dyliżans) prowadzi dom publiczny, zbiwszy majątek wraca do Włoch odzyskać córkę, stracić fortunę oraz zobowiązać kochanka do poślubienia przyszłej babki Oriany. Historie przodków Oriany aż proszą się o sfilmowanie. 
W opowieści zachwyca także opis drobiazgów, które dało tło opowieści, jak np. opis podróży Anastazji z Turynu, do Ceseny, dokąd ciężarna kobieta jechała urodzić swe nieślubne dziecko, z dala od wścibskich oczu znajomych.
Z Turynu do Ceseny można było dojechać bardzo dobrym pociągiem, który wyruszał o siódmej czterdzieści pięć rano. Przez Asti-Alleksandrię-Piacenzę-Parmę_Reggio_Emilię docierał o drugiej czterdzieści po południu do Bolonii, tutaj trzeba było przesiąść się do pociągu jadącego przez Imolę- Faenzę-Forli-Cesenę do Rimini, i docierało się do celu o szóstej po południu. Komfortowe były … wagony pierwszej klasy, wybudowane na wzór pociągów Bitish Railways. Bardzo eleganckie. W każdym przedziale, odizolowanym od innych, bo dostępnym tylko z zewnątrz, znajdowały się cztery miękkie czerwone fotele z podgłówkami, ozdobionymi brukselską koronką. Przed każdym fotelem stoliczek z dzbankiem świeżej wody, szklankami i serwetką. Na wykładzinie w stylu Aubusson szkandela z gorącą wodą, aby złagodzić zimno, i błyszcząca mosiężna spluwaczka. Na ścianach wyszukana mahoniowa boazeria. U sufitu żyrandol. W oknach muślinowe firanki. (str. 588). 
Jedyne uwagi, jakie mam do książki tyczą się wydawcy. Po pierwsze książka liczy ponad osiemset stron, co czyni ją szalenie nieporęczną w czytaniu. Trudno zabrać ją w podróż, jest ciężka i mdleją ręce od jej trzymania. Po drugie zabrakło mi rozpisania rodowodu – drzewa genealogicznego. Z posłowia wynika, iż w oryginale znajduje się rodowód rodu Fallacich. Liczne odniesienia w treści do wątków pobocznych mogły sprawić, iż poszczególne gałęzie rodu trochę się rozjechały.

Polecam lekturę.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

czwartek, 28 września 2017

Doktor Żywago w Białymstoku, Edukacja Rity w Warszawie i Ewa z Supraśla

Fragment budynku OFP
Kilka miesięcy temu obejrzałam w warszawskim teatrze Ateneum spektakl Edukacja Rity. Ta uwspółcześniona wersja Pigmaliona, gdzie w rolę nauczyciela wcielił się Piotr Fronczewski (genialny pan Piotruś), zaś pojętną uczennicę zagrała Katarzyna Ucherska (i to jak zagrała) wywarła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie. Może dlatego, że rzadko ostatnimi czasy zdarza mi się trafić na dobrze zagraną i choć nie zmuszającą do wysiłku intelektualnego, to przecież niegłupią komedię. Taką, w której widownia nie ryczy ze śmiechu oglądając ograne gagi, a jednak wychodzi z teatru rozbawiona. 
Ona, młoda fryzjerka marzy o awansie społecznym, chce czegoś więcej niż tylko codziennej rutyny u boku prymitywnego małżonka. On, nadużywający alkoholu profesor, niespełniony poeta bez entuzjazmu przyjmuje zadanie przekształcenia prostej dziewczyny w intelektualistkę. A w tle cudowna muzyka w wykonaniu Szczepana Pospieszalskiego - trzeci z bohaterów przedstawienia. Mocno zapadły mi w pamięć profesorskie wywody na temat omawiania książek. Otóż, kiedy mówisz o książce nikogo nie interesuje, jakie wrażenie ona na tobie wywarła, to, czy się tobie podobała, czy też nie, musisz dokonać oceny treści, formy, stylu, popierając argumentację nazwiskami uznanych autorytetów. Na skutek edukacji Rita wtapia się w świat ludzi kulturalnych i staje jedną z wielu potrafiących wypunktować atuty i wady każdej lektury tracąc po drodze świeżość spojrzenia (nieco naiwną, wyrażaną niewyszukanym językiem, ale niepowtarzalną). 
Czemu o tym piszę? Ponieważ oglądając przedstawienie pomyślałam sobie, że moje pisanie jest pisaniem niewyedukowanej Rity. Nie oceniam, a jedynie opisuję wrażenia, czasami odnosząc je do swoich przemyśleń, skojarzeń czy przeżyć. Kogo to obchodzi. 
Podczas tegorocznego urlopu spotkałam się z prowadzącą bloga Naprzeciw szczęściu Ewą i ku zaskoczeniu ale i radości dowiedziałam się, iż najbardziej podobają się jej w moim pisaniu osobiste wstawki oraz wrażenia wywołane procesem poznawczym. Dlatego zdecydowałam się dalej pisać te moje osobiste, czasami naiwne, czasami egzaltowane, czasami odmienne od uznanych opinii spojrzenia na świat. Może nawet uda się zamknąć oczy i uszy na medialny szum i zatopić w całkiem innym świecie pozbawionym polityki (do czasu, kiedy ta nie zapuka do naszych drzwi).
Pierwszym etapem wrześniowego urlopu było uczestniczenie w przedstawieniu Doktor Żywago w Operze i Filharmonii Podlaskiej. To dzięki musicalowemu opętaniu odwiedziłam Białystok, spotkałam się z Ewą i odkryłam Supraśl, o czym mam nadzieję napisać kiedyś.
Małe co nieco w antrakcie
Historię Doktora Żywago znałam jedynie z dwóch filmowych adaptacji (tej bardziej znanej z Omarem Sharifem oraz tej bardziej krwawej z Hansem Mathesonem). Magnesem dla mnie było nazwisko tłumacza tekstów; pana Daniela Wyszogrodzkiego, z którego tłumaczeniami musicali Koty, Taniec wampirów, Upiór w Operze, Les Miserables, Deszczowa piosenka oraz Mamma mia! spotkałam się w teatrze Roma. Równie zachęcająco, jak nazwisko tłumacza, wyglądała obsada. 
Doktor Żywago to historia jednostki uwikłanej w zawieruchę rewolucji w Rosji, człowieka postawionego przed dramatycznymi wyborami, jak przeżyć i zachować człowieczeństwo. Głowni bohaterowie; dwie kobiety zakochane w Żywago (Lara i Tonia) i troje mężczyzn (Żywago, Komarowski i Strielnikow), którzy stracili głowę dla Lary zostali rzuceni na fale rodzącego się bolszewizmu. Zrobione z rozmachem epickiej epopei widowisko wzrusza i urzeka. Magia teatralnego przedstawienia uzyskana dzięki scenografii, kostiumom oraz wykorzystaniu sceny obrotowej (która umożliwia śledzenie akcji na dwóch planach jednocześnie) sprawia, iż widz zanurza się w inny świat; straszny i bezduszny, ale też w pewien sposób urzekający siłą jednostki. Człowiek, który w zalewie nienawiści, głupoty i okrucieństwa potrafi zachować się przyzwoicie budzi podziw i chęć naśladowania. 
Kiedy doda się do tego przepiękną muzykę i dobry wokal to czegóż trzeba więcej. Może troszkę szkoda, że w przedstawieniu brakuje utworów, które wpadałyby w ucho na tyle mocno, że widz nuciłby je po wyjściu z budynku. Choć może to tylko moja nieznajomość tekstów i muzyki sprawiła, iż żaden z utworów nie wrył mi się na tyle mocno w pamięć. Jednak przyznaję, iż spektakl potrafił wbić widza w krzesło, tak że losy wspomnianej piątki śledziłam z zapartym tchem chwilami zasłuchana w liryczne brzmienia, żeby za chwilę dać się wzruszyć tragicznym losem człowieka będącego igraszką w biegu dziejów. Efekty specjalne; wybuchy, egzekucje, nocne sceny czy jadąca wprost na widownię lokomotywa wprowadzają dreszczyk emocji, chwilami robi się nieprzyjemnie. Nie ma dosłowności, czy epatowania brutalnymi scenami, co nie znaczy, że przedstawienie nie porusza. 
Spacer  po przedstawieniu (Cerkiew Św. Mikołaja)
W spektaklu wykorzystano ciekawą choreografię, partiom wokalnym towarzyszą partie taneczne (te wydały mi się dobrym, acz nie nowatorskim rozwiązaniem- wykorzystano je np. w Notre Dame de Paris, czy Romeo i Juliet) a także partie ruchu scenicznego (jak w scenie szpitalnej wijące się w egzorcyzmach siostry- rozwiązanie ciekawe, aczkolwiek do mnie nie przemawiające).
No, ale to co najważniejsze dla mnie, czy muzyka i wokal- nie zawiodło. W roli Żywago wystąpił Łukasz Zagrobelny, którego chyba nie doceniałam do tej pory. Miałam okazję słuchać go w Nędznikach w roli Enjolasa oraz w Notre Dame w roli Clopina, które wydawały mi się bardzo dobrze zaśpiewane, ale nie chwyciły za serce. Dopiero w roli Żywago aktor przedstawił całe spektrum umiejętności, byłam pod wrażeniem jego głosu i jego wykonania (jak np. w utworze Kim jesteś, czy Decyzja). Bardzo podobała mi się w roli Lary (etatowa, jak sama mawia Christine Dae z Upiora w operze) Paulina Janczak delikatna, a jednocześnie silna bohaterka. Nie zawiodła mnie także Monika Bestecka, jako prostolinijna i dystyngowana, jak na arystokratkę przystało, Tonia. Zwróciłam uwagę na tę wokalistkę w przedstawieniu Doktor Jekyll i Mr Hyde w poznańskim teatrze. Nieco rozczarował mnie Tomasz Steciuk (nawiasem mówiąc jeden z moich ukochanych wykonawców, ale być może miał gorszy dzień) w roli Komarowskiego; wydał mi się mało wyrazisty, za mało cyniczny, za mało despotyczny. Natomiast moim nowym odkryciem był pan Marcin Wortmann, jako Pasza Strielnikow. Cóż za przepiękny, wyrazisty głos. Jak przystało na ideowca-fanatyka, kiedy trzeba brzmiał rewolucyjnie, kiedy trzeba groźnie, okrutnie, a w końcowej scenie budził nawet pewien rodzaj sympatii i żalu (jako ofiara rewolucji, która pożera własne dzieci). 
Podlaski przysmak- kartacze z mięsem
O ile nie zapadły w pamięć poszczególne utwory, o tyle klimat niektórych z nich spowodował, że nadal mam przed oczami niektóre sceny; ślub Paszy i Lary najpierw liryczny, majestatyczny z towarzyszeniem cerkiewnego śpiewu, ikony i popa, potem huczne weselisko z przyśpiewkami i najbardziej wzruszającą scenę spowiedzi Lary, niezapomniane wykonanie pieśni Lary i Toni (dwie kobiety kochające Żywago - skojarzenie z Esmeraldą i Fler de Lys zakochanych w kapitanie Febus nasuwa się samo, choć charakter utworu zupełnie inny), czy pieść na pięć głosów, gdzie do Lary wzdycha troje zakochanych w niej mężczyzn, a dwie panie wyśpiewują swoje uczucia do Żywago. Ale takich scen; wzruszających, przejmujących, przerażających jest całe mnóstwo, bowiem akcja toczy się szybko, sceny przechodzą jedna w drugą bez chwili zatrzymania, jak czas biegnie bezlitośnie i zmienia układ dziejów. Jeśli napiszę, że chciałabym zobaczyć raz jeszcze to będzie to moja najlepsza rekomendacja. 
Doktor Żywago to stosunkowo młody musical, jego prapremiera miała miejsce 19 lutego 2011 r. w Sydney. Muzykę napisała Lucy Simon, libretto Michael Weller, a teksty piosenek Michael Korie i Amy Powers. Na potrzeby podlaskiej Filharmonii spektakl wyreżyserował Jakub Szydłowski, scenografią zajął się Mariusz Napierała, choreografią Jarosław Staniek a kostiumami Anna Chadaj.
Piosenka promująca musical